Jestem prawie pewna, że pod moim pokojem znajduje się jądro piekła. W mieszkaniu na Wierzbnie to właśnie u mnie jest tak gorąco, że lody zamarznięte na kamień odstawiłam w sobotę na moment tylko, żeby sobie komputer na kolanach zainstalować, a one już były bardziej płynne niż stałe.
Plan miałam taki, żeby w sobotę nie ruszać się z chaty, tylko że Chłopcy do mnie zadzwonili celem wyciągnięcia na długo-odkładany spacer. No więc znalazłszy coś, co nie przylega do ciała, postanowiłam zmierzyć się z klimatem outside.
Odwiedziliśmy Rechot Żab, który jest w miejscu zeszłorocznej Doliny Muminków, w której nie byłam co prawda, ale Rechot Żab też jest ok, gdyż piwo nie jest zbytnio drogie, no i jest tam kiełbasa. Osobiście uważam, że nie ma niczego lepszego niż kiełba z grilla. Może ciut lepsza jest kiełba z ogniska, ale odkąd sobie upiekłam kiełbasę na deskach nasączonych toksycznymi lakierami, to trochę jestem sceptyczna i preferuję z grilla jednak, bo tak jakoś bezpieczniej. Zgłoszę może Laysom taki smak chipsów w jakimś konkursie (smak kiełby z grilla, nie toksycznych lakierów). To by był czad. Ale wracając do miejscówy, to Chłopcy powstrzymali mnie od nabycia kiełby i zaproponowali, że sobie zjemy jutro (czyli wczoraj) na obiad, więc OK.
Zrobiliśmy sobie mały przemarsz po Powiślu, szukając nowego miejsca na piwo, no i mam taka refleksję, że jeśli w jednej wycieczce jestem ja i Krzysztof, to ktoś musi być liderem takiej wycieczki, bo nam niestety ciągle coś nie pasuje ;) Co sytuacyjnie jest nawet dość zabawne, choć skończyło się tym, że mam pęcherz na stopie i jest dyskomfort. Że nie wspomnę, że miałam tak skopane kopyta, jakbym cały dzień stała na patelni pod metrem i wróżyła z kart w długiej spódnicy i z dzieckiem na ręku. You know.
Odwiedziliśmy też niezamierzenie miejsce, w którym odbyła się najfajniejsza randka w moim życiu całym i z tej okazji cycki z tegoż miejsca:
Śledziliśmy też przez chwilę bardzo foremnego pana, który wszystko miał idealne, oraz pan również nas przez chwilę śledził, tylko że wymiękł. Ale pan ewidentnie CZEGOŚ szukał tej nocy nieopodal mekki hipsterów. My natomiast szukaliśmy frytek i przy tej okazji chciałam powiedzieć, że jest Okienko przy ulicy Polnej, gdzie można kupić belgijskie frytki duże za 8 zło, które, prawdę mówiąc, smakują jak frytki z dzieciństwa, z taką tylko różnicą, że można do nich dostać sosik z listy i sosy te są dość fancy. Można też przysiąść na murowanym kwietniku lub skrzynkach po napojach i te frytki spożyć. Generalnie bardzo polecam. I Krzysztof też.
No a niedzielę spędziłam narzekając na pogodę i jedząc kiełbasę w zacnym towarzystwie. Co ciekawe, w konwersacji nie doszliśmy bynajmniej to etapu kup i dup, ale wkroczyliśmy na wielce niebezpieczne wody, czyli dyskusje z libertarianką o wszystkim, co we świecie. O prywatyzacji wszystkiego, o systemie szkolnictwa, o pro-life i pro-choice, o karze śmierci, o dziurach w systemach prawnych innych krajów. Kto mnie zna ten wie, że trudno jest zamknąć mi twarz, bo generalnie nie odpuszczam, ale muszę przyznać, że w rozmowach z Dżoaną to ja grzecznie milczę, gdyż zabieranie głosu mogłoby podnieść mi ciśnienie do niebezpiecznego poziomu i spowodować nagłą śmierć. Tak czy inaczej, samoistnie utworzyły się 2 światopoglądowe obozy, które po wygłoszeniu wszystkich swoich tez doszły do wniosku, że czas się zgodzić na to, że się nie zgadzamy, dzięki czemu nikt nikogo i się nie zabił. Wyewoluowaliśmy ;) Bardzo very miły wieczór to był. No i siatkówkę obejrzeliśmy. Naprawdę spoko.
Komu kiełby? :))
Projekt URLOP
Sęt-urlop w wersji rzymskie wakacje... już wkrótce!
poniedziałek, 30 lipca 2012
sobota, 28 lipca 2012
Projekt URLOP vol.2: Tydzień 1, czyli dlaczego piszę niesystematycznie
No wiem, no wiem, miało być systematycznie, ale mi się zwoje urlopowo rozluźniły i okazało się, że jestem znienacka najbardziej nierzetelną osobą na świecie. Okazało się również, że urlop nie oznacza, że ma się więcej czasu, oznacza natomiast, że ma się więcej kaca.
Nie będę teraz opisywać każdego dnia osobno, bo to byłby bardzo długi post, a ludziom się nie chce czytać długich wiadomości (taki spadek koncentracji po smsach na 160 znaków i krótkich statusach na fb - ma być zwięźle i na temat).
Gdyby nie Em, to w urlop weszłabym leżąc pod kołdrą zmiażdżona stresem ostatnich dni w pracy. Na szczęście jednak mam świadomość, że jeśli EM ZACHĘCA DO WYJŚCIA NA MIASTO, należy czem prędzej spionizować się, udać się do lustra na retusz i wyjść, zanim Em zmieni zdanie. Poszliśmy więc na targi t-shirtów, czy jak to się tam nazywało, które miejsce miały nieopodal Red Onion, w którym jest wszystko, co designerskie, a zwłaszcza 'utensylia kuchenne'. Na miejscu była też Hallson, która killowała moje zachwyty nad kolorowymi szczotkami i szufelkami przypominając, że i tak bym z nich nie korzystała i że kiedyś kupiłam już różowy odkurzacz, żeby mi się lepiej odkurzało i nie pomogło (no tak samo mnie to odkurzanie nie kręciło, jakby mnie nie kręciło z użyciem szarego odkurzacza, po prostu). Była też Kuro, która zazwyczaj namawia do złego, więc udaliśmy się do Resortu na Lajka. Zaznaczyć należy, że Lajk to podstępny napój, który pije się jak oranżadę, a który klepie jak prawdziwy alkohol. Ponieważ wcześnie zaczęliśmy to towarzyskie spotkanie, zdołałam w ciągu jednego popołudnia podpić się i skacować, a spotkanie samo w sobie rozwiązało się zaraz po tym, jak rozmowy zeszły na temat dup i kup, choć, o dziwo, temat ten zawsze jest aktywizujący.
Między jedną a drugą nadaktywnością społeczną okazało się, że na Wierzbnie mamy swojego Copperfielda, Kamila Copperfielda, którego wątła osoba przygnieciona moją niewątłą osobą nadal jest w stanie zdjąć spodnie bez użycia rąk. Za drobną opłatą możemy kiedyś zrobić demonstrację.
Ja to uwielbiam urlopy również z tego powodu, że mogę sobie w końcu nie-pospać. Czyli nie-przespać nocy, robiąc w tym czasie inne, ciekawsze niż spanie, rzeczy. Bo jednak jest tak, że poza urlopem to nie mogę sobie pozwolić na takie szaleństwo, bo tej jednej nocy nie nadgoniłabym przez 300 lat i byłoby ze mną bardzo bardzo źle, najpierw agresja, potem depresja ;) No więc nadejszł czas, żeby nie pospać.
Nieprzespana noc była bardzo spontaniczna i rozpoczął ją cudowny wieczór z Majeczką, z którą czas sam na sam to spędzałam chyba ostatnio w okolicach liceum, ale może się mylę i mam dziurawą głowę. Tak czy inaczej Maja, słomiana wdowa, wyciągnęła mnie na Saską Kępę na piwo i to było najlepsze piwo ever. Śmiałam się tak, że nie mogłam oddychać, czyli bardzo. Niestety następnego dnia M musiała iść do pracy, więc trzeba było się pożegnać o w miarę rozsądnej porze, ale ponieważ wieczór był tak boski, to postanowiłam, że należy mu się kontynuacja i skontaktowałam się z jedną z dwóch znanych mi osób, które prawie zawsze można złapać nocą na mieście. To nie byłaś Ty, Kuro ;)
Zgadałam się z Zoff, z którą to zasiadłyśmy sobie ze względów sentymentalnych na Placu Grzybowskim i rozmawiałyśmy, rozmawiałyśmy, rozmawiałyśmy, aż zrobiło się widno, a autobusy dziennie zastąpiły te nocne. Magic moments... :)
Po tejże nocy nastąpił odbiór serdecznej mej przyjaciółki Dziuranny z lotniska (dzięki czemu już wiem, że to będzie najlepsze lato świata) oraz bardzo wymagający dzień, spowodowany zmęczeniem i letkim kacem. Na śniadanie zjadłam piwo, a potem twarożek, a potem Kasia zaserwowała wino i nasączone wódką tiramisu, wypijane przez nas przez słomkę, a potem Lajk w Resorcie i nagle opadła mnie taka refleksja, że jednak jestem niezniszczalna.
Generalnie pierwszy tydzień był bardzo miły, z nadzieją patrzę na następny. Oby wystarczyło mi czasu na wszystko, co chciałabym zrobić. I dla wszystkich, których chciałabym zobaczyć :)
Nie będę teraz opisywać każdego dnia osobno, bo to byłby bardzo długi post, a ludziom się nie chce czytać długich wiadomości (taki spadek koncentracji po smsach na 160 znaków i krótkich statusach na fb - ma być zwięźle i na temat).
Gdyby nie Em, to w urlop weszłabym leżąc pod kołdrą zmiażdżona stresem ostatnich dni w pracy. Na szczęście jednak mam świadomość, że jeśli EM ZACHĘCA DO WYJŚCIA NA MIASTO, należy czem prędzej spionizować się, udać się do lustra na retusz i wyjść, zanim Em zmieni zdanie. Poszliśmy więc na targi t-shirtów, czy jak to się tam nazywało, które miejsce miały nieopodal Red Onion, w którym jest wszystko, co designerskie, a zwłaszcza 'utensylia kuchenne'. Na miejscu była też Hallson, która killowała moje zachwyty nad kolorowymi szczotkami i szufelkami przypominając, że i tak bym z nich nie korzystała i że kiedyś kupiłam już różowy odkurzacz, żeby mi się lepiej odkurzało i nie pomogło (no tak samo mnie to odkurzanie nie kręciło, jakby mnie nie kręciło z użyciem szarego odkurzacza, po prostu). Była też Kuro, która zazwyczaj namawia do złego, więc udaliśmy się do Resortu na Lajka. Zaznaczyć należy, że Lajk to podstępny napój, który pije się jak oranżadę, a który klepie jak prawdziwy alkohol. Ponieważ wcześnie zaczęliśmy to towarzyskie spotkanie, zdołałam w ciągu jednego popołudnia podpić się i skacować, a spotkanie samo w sobie rozwiązało się zaraz po tym, jak rozmowy zeszły na temat dup i kup, choć, o dziwo, temat ten zawsze jest aktywizujący.
Między jedną a drugą nadaktywnością społeczną okazało się, że na Wierzbnie mamy swojego Copperfielda, Kamila Copperfielda, którego wątła osoba przygnieciona moją niewątłą osobą nadal jest w stanie zdjąć spodnie bez użycia rąk. Za drobną opłatą możemy kiedyś zrobić demonstrację.
Ja to uwielbiam urlopy również z tego powodu, że mogę sobie w końcu nie-pospać. Czyli nie-przespać nocy, robiąc w tym czasie inne, ciekawsze niż spanie, rzeczy. Bo jednak jest tak, że poza urlopem to nie mogę sobie pozwolić na takie szaleństwo, bo tej jednej nocy nie nadgoniłabym przez 300 lat i byłoby ze mną bardzo bardzo źle, najpierw agresja, potem depresja ;) No więc nadejszł czas, żeby nie pospać.
Nieprzespana noc była bardzo spontaniczna i rozpoczął ją cudowny wieczór z Majeczką, z którą czas sam na sam to spędzałam chyba ostatnio w okolicach liceum, ale może się mylę i mam dziurawą głowę. Tak czy inaczej Maja, słomiana wdowa, wyciągnęła mnie na Saską Kępę na piwo i to było najlepsze piwo ever. Śmiałam się tak, że nie mogłam oddychać, czyli bardzo. Niestety następnego dnia M musiała iść do pracy, więc trzeba było się pożegnać o w miarę rozsądnej porze, ale ponieważ wieczór był tak boski, to postanowiłam, że należy mu się kontynuacja i skontaktowałam się z jedną z dwóch znanych mi osób, które prawie zawsze można złapać nocą na mieście. To nie byłaś Ty, Kuro ;)
Zgadałam się z Zoff, z którą to zasiadłyśmy sobie ze względów sentymentalnych na Placu Grzybowskim i rozmawiałyśmy, rozmawiałyśmy, rozmawiałyśmy, aż zrobiło się widno, a autobusy dziennie zastąpiły te nocne. Magic moments... :)
Po tejże nocy nastąpił odbiór serdecznej mej przyjaciółki Dziuranny z lotniska (dzięki czemu już wiem, że to będzie najlepsze lato świata) oraz bardzo wymagający dzień, spowodowany zmęczeniem i letkim kacem. Na śniadanie zjadłam piwo, a potem twarożek, a potem Kasia zaserwowała wino i nasączone wódką tiramisu, wypijane przez nas przez słomkę, a potem Lajk w Resorcie i nagle opadła mnie taka refleksja, że jednak jestem niezniszczalna.
Generalnie pierwszy tydzień był bardzo miły, z nadzieją patrzę na następny. Oby wystarczyło mi czasu na wszystko, co chciałabym zrobić. I dla wszystkich, których chciałabym zobaczyć :)
niedziela, 3 lipca 2011
Ostatni
Za mną fantastyczny ostatni weekend urlopu, rozpoczęty z najlepszą ekipą, jaką mogłam sobie wymarzyć (no... zabrakło Halinki, królowej parkietu). Co prawda w Glamie można było tańczyć najwyżej 2 piosenki, bo klima nie dawała rady i dłużej się nie dało, ale mimo tego ubawiłam się po pachi, nawet zapalniczkę znalazłam w biustonoszu;)
W sobotę zagubiłam się w czasoprzestrzeni, bo ok. 9 obudziła mnie potrzeba niższego rzędu, więc poszłam na siksa, a gdy wróciłam to godzina była 12.40, więc albo potrzeba nie była paląca i w międzyczasie zasnęłam, albo sikałam 3 godz. 40 min. Wielce to było dziwne doświadczenie.
Właściwie ścisły weekend zakończył się wczoraj przyjęciem u Magdy, szybkim spotkaniem u Łukasza i moim oryginalnym pieprznięciem na schodach. Dziś już tylko żałoba, że tak szybko minął ten boski czas.
Dziękuję wszystkim, którzy go ze mną spędzili. Właśnie tego mi brakowało w tym moim wiecznym niedoczasie - bliskich mi osób. Te dwa tygodnie były naprawdę doskonałe...!
Żegnam się teraz, projekt urlop został zakończony.
PS. Anonim A może się w końcu zdekonspirować do jasnej Anielki! :)))
piątek, 1 lipca 2011
Dzień 11, szlachecko-outdoorowy
Otóż nadejszł wielki dzień spotkania mego z mym najdroższym przyjacielem Szlachcicem. Bardzo się cieszyłam i przeskakiwałam sobie radośnie z nóżki na nóżkę nie mogąc się doczekać (co oczywiście w ogóle nie wiąże się z punktualnością moją, bo w ekscytacji nie ogarniam swoich rąk i nóg i nawet wykonywanie rutyn przychodzi mi z trudem). Tylko, że jest tak w tym podłym mrocznym świecie, że kiedy już się umówimy na spotkanie inne niż w miejscu pracy, to zawsze świat nie sprzyja naszemu pragnieniu (czyli jest dokładnie nie tak jak pisze najsławniejszy grafoman w stanie permanentnej sraczki myślowej = Paulo Coelho). I wczoraj po części też tak było - że najpierw mała pyskóweczka, zupełnie niepotrzebna, ale nie jestem w stanie połknąć słów, które mam na końcu języka, a potem prawdziwy kłopot w bliskim otoczeniu Szlachcica. Ostatecznie jednak udało nam się wyszarpać odrobinę czasu dla siebie, co było nam już bardzo potrzebne. Okazało się też, że potrafię trzymać kubek bez użycia rąk:
Potem zmierzyłam się w środeczku siebie ze swoją opinią, że to obciach sikać na stacji benzynowej i dzięki temu byłam w stanie dojechać do Placu Zabaw. W międzyczasie wpadłam w fazę 'jestem gotowa na miłość całą sobą', za co winię za krótką sukienkę, i przez co byłam całkiem słodką, lepiącą się do swojej fejsbukowej dziewczyny, kulką w sukience za pupę.
Z sukienką to niezła historia jest. Jakiś czas temu postanowiłam nabyć sobie malinową sukienkę o fantazyjnej długości ledwo-co-za-pupę. No i tak do niej podchodziłam jak pies do jeża, aż w dostawie przyszła piękna sukienka o długości odrobinę-przed-kolano, co skłoniło mnie do tego, żeby wybrać jednak tę, w której nie będzie widać mi tyłka. Nabyłam, uprałam, założyłam i okazało się, że z długości przed kolano wyszła długość za pupę, przez co nie mogłam zalotnie upuszczać drobiazgów na ziemię, bo przy podnoszeniu eksponowałabym całą siebie z perspektywy dotychczas zarezerwowanej dla płyt chodnikowych... I nawet się poirytowałam! ALE: okazało się, że eksponowanie tyłka i 3/4 długości nóg z jakiegoś powodu dodaje mi wewnętrznie kilka punktów do kobiecości i na wszystkich zdjęciach z wczorajszego wieczoru wyszłam uroczo. Bo to, że alkohol dodaje mi czaru, to wiem już od dawna ;)
Z sukienką to niezła historia jest. Jakiś czas temu postanowiłam nabyć sobie malinową sukienkę o fantazyjnej długości ledwo-co-za-pupę. No i tak do niej podchodziłam jak pies do jeża, aż w dostawie przyszła piękna sukienka o długości odrobinę-przed-kolano, co skłoniło mnie do tego, żeby wybrać jednak tę, w której nie będzie widać mi tyłka. Nabyłam, uprałam, założyłam i okazało się, że z długości przed kolano wyszła długość za pupę, przez co nie mogłam zalotnie upuszczać drobiazgów na ziemię, bo przy podnoszeniu eksponowałabym całą siebie z perspektywy dotychczas zarezerwowanej dla płyt chodnikowych... I nawet się poirytowałam! ALE: okazało się, że eksponowanie tyłka i 3/4 długości nóg z jakiegoś powodu dodaje mi wewnętrznie kilka punktów do kobiecości i na wszystkich zdjęciach z wczorajszego wieczoru wyszłam uroczo. Bo to, że alkohol dodaje mi czaru, to wiem już od dawna ;)
Anna, moja dziewczyna z fb, trochę się obruszyła z tego powodu, że zaistniała w przestrzeni internetowej w oparach moczu z PKP Powiśle. Pragnę zatem zrehabilitować Annę, gdyż wczorajsze spotkanie w Placu Zabaw było boskie. Jest to zapewne wynik kombinacji wielu czynników: ludzkiego (bo zgromadzona ekipa jest nie do podrobienia, jesteście boscy, i Ty też - Czech Soccer Player :P :*), przestrzeni, muzyki (DJ od chilloutu - doskonały, orkiestra uliczna od bałkańskich rytmów - doskonała), infrastruktury (bo była toaleta, papier, woda i w ogóle szał) oraz pogody. Bardzo polecam to miejsce, myślę, że nawet hipsterzy mają szansę się tam odnaleźć :P
Udało mi się też w końcu zmierzyć z Transformersami. Robiłam dwa podejścia. Za pierwszym razem nie byłam w stanie wytrzymać tego obezwładniającego poczucia zagrożenia - że jacyś żołnierze siedzą w tym Katarze, że nagle pojawia się jakiś wielki robot i zmiata bazę z powierzchni ziemi i że niczym się go nie da zestrzelić... No nie, za dużo mroku, pomyślałam, nie dźwignę tego. I wyłączyłam. Podejście drugie było już bardziej owocne, udało mi się zdystansować do filmu, więc przebrnęłam i nawet nie czuję się estetycznie i fabularnie zgwałcona.
Teraz szukam sobie towarzysza na kinowych X-menów. Aplikacje można nadsyłać dowolnym kanałem komunikacji.
Serdecznie wszystkich pozdrawiam, życząc sobie pięknej nocy dziś w Glamie. XOXO :P
czwartek, 30 czerwca 2011
Pożegnanie urlopu - piąteczek, G spot :)
Pożegnanie urlopu zamierzam rozpocząć w prze-klubie Glam w piątek, ok. godz. 23-24. Miejscówka nie podlega dyskusji, bo to moje pożegnanie i moja idealna impreza :]
Zapraszam wszystkich, którzy mają na uwadze, że kolejny bauns ze mną do rana będzie możliwy na przyszłorocznym dwutygodniowym urlopie najpewniej. Pakiet startowy zasobów ludzkich jest obiecujący :))) Dziękuję tym, którzy już potwierdzili. Do zo!
Dzień 10, mokotowski
Przystanek Mokotów. Odwiedziłyśmy kawiarnię Relaks, w której - ku mojemu bezgranicznemu zdziwieniu - jest jakaś permanentna inwazja interesujących i atrakcyjnych mężczyzn. Nie wiem, co prawda, czym się parają, skoro mają czas na kawę w Relaksie w środku dnia... Niemniej jednak - all my single ladies - warto tam pójść, napić się pysznej latte i sobie POOGLĄDAĆ fajnych facetów. W końcu to rzadkość w Warszawie.
Gdybym miała różowe okno, mogłabym mieszkać nawet w taki obdrapańcu.
Aha, jest tam też warsztat rowerowy i można sobie nabyć różne do roweru gadżety.
Posiedziałyśmy tam z Anną dłuższą chwilę, omówiłyśmy większość ważnych spraw i kiedy kawa zrobiła się zimna, a nam zrobiło się duszno, postanowiłyśmy wprawić się w ruch. Spacer był miły, Mokotów jest uroczy i chyba chciałabym mieszkać w jednym z tych domków, które z jakiegoś powodu przypominają mi te londyńskie (no bo mała kamienica, jedno wejście i mieszkania niby jak w bloku, a jednak kameralniej, bo w dwupiętrowym domu). A to mnie urzekło bardzo i żałuję, że mam plastikowe okna:
Ostatnio dojrzewa we mnie refleksja, że mieszkanie w bloku nie jest tym, co mi się podoba. I nie chodzi wyłącznie o to, w jakim konkretnie bloku mieszkam i z jakimi ciężkimi poj***mi. Bloki od jakiegoś czasu kojarzą mi się z termitierami. Zwłaszcza te na osiedlu za Żelazną Bramą, bo są dość wyjątkowe - wielkie bryły, a mieszkania małe, ciemne i po pięćset na piętrze. Rozumiem, że takie bloki w swoim czasie były odpowiedzią na potrzeby miasta, ale teraz wydają mi się tak nieestetyczne... Zdecydowanie wolę taki Mokotów, z tymi dwu- lub trzypiętrowymi domkami.
Anna ugościła mnie wczoraj wypasionymi goframi z bitą śmietaną, truskawkami, ananasami, brzoskwiniami i kakao. Niebiańska rozkosz! Czułam się jak opity kleszcz, a mimo to miałam tę swoją opcję: 'to już będzie oooooooooostatni'. Jak w Dniu Świra. Jak już założę tę knajpę, to muszę się z Anną dogadać, żeby te gofry serwowała.
Z Anną doskonale mi się rozmawia, głównie dlatego, że czuję się od niej mniej mądra (a to mi się zdarza nieczęsto - takie poczucie, że żeby być dla kogoś partnerem do rozmowy, to jeszcze duuuuużo muszę nadgonić). Stymulacja intelektualna jest bardzo pożądana. Lubię to. Za każdym razem jest mi przykro, że musimy przestać rozmawiać. Wczoraj trzeba było, bo z okazji Matki Boskiej Pieniężnej po prostu MUSIAŁAM kupić tę piękną sukienkę groszkową w różowe kwiaty :)
Druga Anna, moja dziewczyna z fejsbuka ;), obiecała mi wczorajszy wieczór, więc poszłyśmy na piwo w moje absolutnie ulubione miejsce, czyli pod Kinotekę, a potem do PKP Powiśle. Oficjalnie informuję, że choćby piwo dostępne było wyłącznie tam, to moja noga NIGDY WIĘCEJ w tym syfie nie postanie. Powiśle miało okazję się zrehabilitować po pierwszej mojej wizycie tam, ale nie udało się. Byłam przerażona już idąc tam, kiedy to zobaczyłam na dworcowych syfiastych, mokrych od moczu i burzy schodach siedzącą młodzież. Moje obrzydzenie było bezbrzeżne. A ponieważ sama byłam już na granicy w kwestii moczu właśnie, to poszłam sobie do toalety, która jest jedna (?!), brudna, nie ma w niej papieru ANI ręczników, jest za to smród i gigantyczna kolejka i mokre śmieci na podłodze. W kolejce stałam z jakieś kilkanaście minut, co doprowadziło mnie do skraju wyczerpania psycho-fizycznego i niebezpiecznych myśli (bo panienka przede mną wpuściła do kolejki swoją koleżankę, więc - krótko mówiąc - chciałam ją rozerwać i w kawałkach wrzucić do Wisły). Nie wypiłam piwa, bo musiałabym z nim stanąć w tej jeb**ej kolejce, żeby zaraz po nim się wysikać, poza tym zdecydowałam nie zostawiać kasy w takim lokalu.
Nie rozumiem warszawskiej fascynacji brudem. Wydaje mi się ostatnio, że na sukces lokalu mają wpływ takie czynniki jak:
- ciasnota i zaduch
- syfiaste nieodnowione wnętrze
- stoliki wzięte ze śmietnika, tudzież innego strychu w jakiejś opuszczonej ruderze
- fotele z najbardziej obciachową tapicerką, też ze śmietnika
- brudny kibel
- mało stolików - w końcu im mniej stolików, tym jaśniejszy przekaz, że u nas to wszyscy bywają i dlatego zawsze jest zajęte.
Ja naprawdę wolę wypić piwo za dychacza i mieć gdzie umyć ręce, niż za siódemkę i szczać w Toi-Toi.
I tym optymistycznym akcentem kończę, bo nogi mam w wodzie i już mi niewygodnie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)