czwartek, 30 czerwca 2011

Dzień 10, mokotowski

Przystanek Mokotów. Odwiedziłyśmy kawiarnię Relaks, w której - ku mojemu bezgranicznemu zdziwieniu - jest jakaś permanentna inwazja interesujących i atrakcyjnych mężczyzn. Nie wiem, co prawda, czym się parają, skoro mają czas na kawę w Relaksie w środku dnia... Niemniej jednak - all my single ladies - warto tam pójść, napić się pysznej latte i sobie POOGLĄDAĆ fajnych facetów. W końcu to rzadkość w Warszawie.

Aha, jest tam też warsztat rowerowy i można sobie nabyć różne do roweru gadżety.

Posiedziałyśmy tam z Anną dłuższą chwilę, omówiłyśmy większość ważnych spraw i kiedy kawa zrobiła się zimna, a nam zrobiło się duszno, postanowiłyśmy wprawić się w ruch. Spacer był miły, Mokotów jest uroczy i chyba chciałabym mieszkać w jednym z tych domków, które z jakiegoś powodu przypominają mi te londyńskie (no bo mała kamienica, jedno wejście i mieszkania niby jak w bloku, a jednak kameralniej, bo w dwupiętrowym domu). A to mnie urzekło bardzo i żałuję, że mam plastikowe okna:

Gdybym miała różowe okno, mogłabym mieszkać nawet w taki obdrapańcu.

Ostatnio dojrzewa we mnie refleksja, że mieszkanie w bloku nie jest tym, co mi się podoba. I nie chodzi wyłącznie o to, w jakim konkretnie bloku mieszkam i z jakimi ciężkimi poj***mi. Bloki od jakiegoś czasu kojarzą mi się z termitierami. Zwłaszcza te na osiedlu za Żelazną Bramą, bo są dość wyjątkowe - wielkie bryły, a mieszkania małe, ciemne i po pięćset na piętrze. Rozumiem, że takie bloki w swoim czasie były odpowiedzią na potrzeby miasta, ale teraz wydają mi się tak nieestetyczne... Zdecydowanie wolę taki Mokotów, z tymi dwu- lub trzypiętrowymi domkami.

Anna ugościła mnie wczoraj wypasionymi goframi z bitą śmietaną, truskawkami, ananasami, brzoskwiniami i kakao. Niebiańska rozkosz! Czułam się jak opity kleszcz, a mimo to miałam tę swoją opcję: 'to już będzie oooooooooostatni'. Jak w Dniu Świra. Jak już założę tę knajpę, to muszę się z Anną dogadać, żeby te gofry serwowała.

Z Anną doskonale mi się rozmawia, głównie dlatego, że czuję się od niej mniej mądra (a to mi się zdarza nieczęsto - takie poczucie, że żeby być dla kogoś partnerem do rozmowy, to jeszcze duuuuużo muszę nadgonić). Stymulacja intelektualna jest bardzo pożądana. Lubię to. Za każdym razem jest mi przykro, że musimy przestać rozmawiać. Wczoraj trzeba było, bo z okazji Matki Boskiej Pieniężnej po prostu MUSIAŁAM kupić tę piękną sukienkę groszkową w różowe kwiaty :)

Druga Anna, moja dziewczyna z fejsbuka ;), obiecała mi wczorajszy wieczór, więc poszłyśmy na piwo w moje absolutnie ulubione miejsce, czyli pod Kinotekę, a potem do PKP Powiśle. Oficjalnie informuję, że choćby piwo dostępne było wyłącznie tam, to moja noga NIGDY WIĘCEJ w tym syfie nie postanie. Powiśle miało okazję się zrehabilitować po pierwszej mojej wizycie tam, ale nie udało się. Byłam przerażona już idąc tam, kiedy to zobaczyłam na dworcowych syfiastych, mokrych od moczu i burzy schodach siedzącą młodzież. Moje obrzydzenie było bezbrzeżne. A ponieważ sama byłam już na granicy w kwestii moczu właśnie, to poszłam sobie do toalety, która jest jedna (?!), brudna, nie ma w niej papieru ANI ręczników, jest za to smród i gigantyczna kolejka i mokre śmieci na podłodze. W kolejce stałam z jakieś kilkanaście minut, co doprowadziło mnie do skraju wyczerpania psycho-fizycznego i niebezpiecznych myśli (bo panienka przede mną wpuściła do kolejki swoją koleżankę, więc - krótko mówiąc - chciałam ją rozerwać i w kawałkach wrzucić do Wisły). Nie wypiłam piwa, bo musiałabym z nim stanąć w tej jeb**ej kolejce, żeby zaraz po nim się wysikać, poza tym zdecydowałam nie zostawiać kasy w takim lokalu.

Nie rozumiem warszawskiej fascynacji brudem. Wydaje mi się ostatnio, że na sukces lokalu mają wpływ takie czynniki jak:

- ciasnota i zaduch
- syfiaste nieodnowione wnętrze
- stoliki wzięte ze śmietnika, tudzież innego strychu w jakiejś opuszczonej ruderze
- fotele z najbardziej obciachową tapicerką, też ze śmietnika
- brudny kibel
- mało stolików - w końcu im mniej stolików, tym jaśniejszy przekaz, że u nas to wszyscy bywają i dlatego zawsze jest zajęte.

Ja naprawdę wolę wypić piwo za dychacza i mieć gdzie umyć ręce, niż za siódemkę i szczać w Toi-Toi.

I tym optymistycznym akcentem kończę, bo nogi mam w wodzie i już mi niewygodnie.


4 komentarze:

  1. Ah... jak Anonim by chciał looknąc na te laski co się przepuszczały w wc.. i Twoją minę...bezcenne :)ale to wioelkie fuuuu co Ty opowiadasz. Moja noga tam jeszcze nie postawiła, no tylko na chodniku obok, ale z wierzchu tak nie wyglądało, a feeeeee
    Amokotów tak.. piękny, zawsze to było na ustach Anonima. Są takie fajne zakamrki niewidoczne dla oka.

    A gofry... no coż... poprostu zazdrość:)
    pyszne Twe wakajce:)

    Anonimowy A.

    OdpowiedzUsuń
  2. koleżanka ania od gofrów lubi robić gofry, jak ma dla kogo. i pierogi. i jest wolna :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja się z Tobą bardzo zgadzam w kwestii tej mody na obskurność, chociaż mam takie si w głowie, że jedna obskurność drugiej nie równa. I to będzie mega subiektywne, co tu napiszę, ale tak, jak nienawidzę (pasjami wręcz) Planu B. (a gdybym tam miał iść do klopa, to wolałbym się zdoić w nachy), tak zawsze lubię Powiększenie i Pewex. Kiedyś jeszcze Chłodna pretendowała, ale się odmalowali, kupili nowe lampy i szpanują, że już nie melina...
    A co tam, niech im będzie. :)))
    Buzia
    eM

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja załapałam się już tylko na truskawki. Pycha a a a a

    OdpowiedzUsuń