poniedziałek, 30 lipca 2012

Dzień 8, czyli piekło to tylko sauna + dzień 9 - teletubisiowy

Jestem prawie pewna, że pod moim pokojem znajduje się jądro piekła. W mieszkaniu na Wierzbnie to właśnie u mnie jest tak gorąco, że lody zamarznięte na kamień odstawiłam w sobotę na moment tylko, żeby sobie komputer na kolanach zainstalować, a one już były bardziej płynne niż stałe.

Plan miałam taki, żeby w sobotę nie ruszać się z chaty, tylko że Chłopcy do mnie zadzwonili celem wyciągnięcia na długo-odkładany spacer. No więc znalazłszy coś, co nie przylega do ciała, postanowiłam zmierzyć się z klimatem outside.

Odwiedziliśmy Rechot Żab, który jest w miejscu zeszłorocznej Doliny Muminków, w której nie byłam co prawda, ale Rechot Żab też jest ok, gdyż piwo nie jest zbytnio drogie, no i jest tam kiełbasa. Osobiście uważam, że nie ma niczego lepszego niż kiełba z grilla. Może ciut lepsza jest kiełba z ogniska, ale odkąd sobie upiekłam kiełbasę na deskach nasączonych toksycznymi lakierami, to trochę jestem sceptyczna i preferuję z grilla jednak, bo tak jakoś bezpieczniej. Zgłoszę może Laysom taki smak chipsów w jakimś konkursie (smak kiełby z grilla, nie toksycznych lakierów). To by był czad. Ale wracając do miejscówy, to Chłopcy powstrzymali mnie od nabycia kiełby i zaproponowali, że sobie zjemy jutro (czyli wczoraj) na obiad, więc OK.

Zrobiliśmy sobie mały przemarsz po Powiślu, szukając nowego miejsca na piwo, no i mam taka refleksję, że jeśli w jednej wycieczce jestem ja i Krzysztof, to ktoś musi być liderem takiej wycieczki, bo nam niestety ciągle coś nie pasuje ;) Co sytuacyjnie jest nawet dość zabawne, choć skończyło się tym, że mam pęcherz na stopie i jest dyskomfort. Że nie wspomnę, że miałam tak skopane kopyta, jakbym cały dzień stała na patelni pod metrem i wróżyła z kart w długiej spódnicy i z dzieckiem na ręku. You know.

Odwiedziliśmy też niezamierzenie miejsce, w którym odbyła się najfajniejsza randka w moim życiu całym i z tej okazji cycki z tegoż miejsca:


Śledziliśmy też przez chwilę bardzo foremnego pana, który wszystko miał idealne, oraz pan również nas przez chwilę śledził, tylko że wymiękł. Ale pan ewidentnie CZEGOŚ szukał tej nocy nieopodal mekki hipsterów. My natomiast szukaliśmy frytek i przy tej okazji chciałam powiedzieć, że jest Okienko przy ulicy Polnej, gdzie można kupić belgijskie frytki duże za 8 zło, które, prawdę mówiąc, smakują jak frytki z dzieciństwa, z taką tylko różnicą, że można do nich dostać sosik z listy i sosy te są dość fancy. Można też przysiąść na murowanym kwietniku lub skrzynkach po napojach i te frytki spożyć. Generalnie bardzo polecam. I Krzysztof też.


No a niedzielę spędziłam narzekając na pogodę i jedząc kiełbasę w zacnym towarzystwie. Co ciekawe, w konwersacji nie doszliśmy bynajmniej to etapu kup i dup, ale wkroczyliśmy na wielce niebezpieczne wody, czyli dyskusje z libertarianką o wszystkim, co we świecie. O prywatyzacji wszystkiego, o systemie szkolnictwa, o pro-life i pro-choice, o karze śmierci, o dziurach w systemach prawnych innych krajów. Kto mnie zna ten wie, że trudno jest zamknąć mi twarz, bo generalnie nie odpuszczam, ale muszę przyznać, że w rozmowach z Dżoaną to ja grzecznie milczę, gdyż zabieranie głosu mogłoby podnieść mi ciśnienie do niebezpiecznego poziomu i spowodować nagłą śmierć. Tak czy inaczej, samoistnie utworzyły się 2 światopoglądowe obozy, które po wygłoszeniu wszystkich swoich tez doszły do wniosku, że czas się zgodzić na to, że się nie zgadzamy, dzięki czemu nikt nikogo i się nie zabił. Wyewoluowaliśmy ;) Bardzo very miły wieczór to był. No i siatkówkę obejrzeliśmy. Naprawdę spoko.

Komu kiełby? :))



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz