sobota, 28 lipca 2012

Projekt URLOP vol.2: Tydzień 1, czyli dlaczego piszę niesystematycznie

No wiem, no wiem, miało być systematycznie, ale mi się zwoje urlopowo rozluźniły i okazało się, że jestem znienacka najbardziej nierzetelną osobą na świecie. Okazało się również, że urlop nie oznacza, że ma się więcej czasu, oznacza natomiast, że ma się więcej kaca.

Nie będę teraz opisywać każdego dnia osobno, bo to byłby bardzo długi post, a ludziom się nie chce czytać długich wiadomości (taki spadek koncentracji po smsach na 160 znaków i krótkich statusach na fb - ma być zwięźle i na temat).

Gdyby nie Em, to w urlop weszłabym leżąc pod kołdrą zmiażdżona stresem ostatnich dni w pracy. Na szczęście jednak mam świadomość, że jeśli EM ZACHĘCA DO WYJŚCIA NA MIASTO, należy czem prędzej spionizować się, udać się do lustra na retusz i wyjść, zanim Em zmieni zdanie. Poszliśmy więc na targi t-shirtów, czy jak to się tam nazywało, które miejsce miały nieopodal Red Onion, w którym jest wszystko, co designerskie, a zwłaszcza 'utensylia kuchenne'. Na miejscu była też Hallson, która killowała moje zachwyty nad kolorowymi szczotkami i szufelkami przypominając, że i tak bym z nich nie korzystała i że kiedyś kupiłam już różowy odkurzacz, żeby mi się lepiej odkurzało i nie pomogło (no tak samo mnie to odkurzanie nie kręciło, jakby mnie nie kręciło z użyciem szarego odkurzacza, po prostu). Była też Kuro, która zazwyczaj namawia do złego, więc udaliśmy się do Resortu na Lajka. Zaznaczyć należy, że Lajk to podstępny napój, który pije się jak oranżadę, a który klepie jak prawdziwy alkohol. Ponieważ wcześnie zaczęliśmy to towarzyskie spotkanie, zdołałam w ciągu jednego popołudnia podpić się i skacować, a spotkanie samo w sobie rozwiązało się zaraz po tym, jak rozmowy zeszły na temat dup i kup, choć, o dziwo, temat ten zawsze jest aktywizujący.


Między jedną a drugą nadaktywnością społeczną okazało się, że na Wierzbnie mamy swojego Copperfielda, Kamila Copperfielda, którego wątła osoba przygnieciona moją niewątłą osobą nadal jest w stanie zdjąć spodnie bez użycia rąk. Za drobną opłatą możemy kiedyś zrobić demonstrację.

Ja to uwielbiam urlopy również z tego powodu, że mogę sobie w końcu nie-pospać. Czyli nie-przespać nocy, robiąc w tym czasie inne, ciekawsze niż spanie, rzeczy. Bo jednak jest tak, że poza urlopem to nie mogę sobie pozwolić na takie szaleństwo, bo tej jednej nocy nie nadgoniłabym przez 300 lat i byłoby ze mną bardzo bardzo źle, najpierw agresja, potem depresja ;) No więc nadejszł czas, żeby nie pospać.

Nieprzespana noc była bardzo spontaniczna i rozpoczął ją cudowny wieczór z Majeczką, z którą czas sam na sam to spędzałam chyba ostatnio w okolicach liceum, ale może się mylę i mam dziurawą głowę. Tak czy inaczej Maja, słomiana wdowa, wyciągnęła mnie na Saską Kępę na piwo i to było najlepsze piwo ever. Śmiałam się tak, że nie mogłam oddychać, czyli bardzo. Niestety następnego dnia M musiała iść do pracy, więc trzeba było się pożegnać o w miarę rozsądnej porze, ale ponieważ wieczór był tak boski, to postanowiłam, że należy mu się kontynuacja i skontaktowałam się z jedną z dwóch znanych mi osób, które prawie zawsze można złapać nocą na mieście. To nie byłaś Ty, Kuro ;)

Zgadałam się z Zoff, z którą to zasiadłyśmy sobie ze względów sentymentalnych na Placu Grzybowskim i rozmawiałyśmy, rozmawiałyśmy, rozmawiałyśmy, aż zrobiło się widno, a autobusy dziennie zastąpiły te nocne. Magic moments... :)

Po tejże nocy nastąpił odbiór serdecznej mej przyjaciółki Dziuranny z lotniska (dzięki czemu już wiem, że to będzie najlepsze lato świata) oraz bardzo wymagający dzień, spowodowany zmęczeniem i letkim kacem. Na  śniadanie zjadłam piwo, a potem twarożek, a potem Kasia zaserwowała wino i nasączone wódką tiramisu, wypijane przez nas przez słomkę, a potem Lajk w Resorcie i nagle opadła mnie taka refleksja, że jednak jestem niezniszczalna.

Generalnie pierwszy tydzień był bardzo miły, z nadzieją patrzę na następny. Oby wystarczyło mi czasu na wszystko, co chciałabym zrobić. I dla wszystkich, których chciałabym zobaczyć :)

3 komentarze: