piątek, 1 lipca 2011

Dzień 11, szlachecko-outdoorowy

Otóż nadejszł wielki dzień spotkania mego z mym najdroższym przyjacielem Szlachcicem. Bardzo się cieszyłam i przeskakiwałam sobie radośnie z nóżki na nóżkę nie mogąc się doczekać (co oczywiście w ogóle nie wiąże się z punktualnością moją, bo w ekscytacji nie ogarniam swoich rąk i nóg i nawet wykonywanie rutyn przychodzi mi z trudem). Tylko, że jest tak w tym podłym mrocznym świecie, że kiedy już się umówimy na spotkanie inne niż w miejscu pracy, to zawsze świat nie sprzyja naszemu pragnieniu (czyli jest dokładnie nie tak jak pisze najsławniejszy grafoman w stanie permanentnej sraczki myślowej = Paulo Coelho). I wczoraj po części też tak było - że najpierw mała pyskóweczka, zupełnie niepotrzebna, ale nie jestem w stanie połknąć słów, które mam na końcu języka, a potem prawdziwy kłopot w bliskim otoczeniu Szlachcica. Ostatecznie jednak udało nam się wyszarpać odrobinę czasu dla siebie, co było nam już bardzo potrzebne. Okazało się też, że potrafię trzymać kubek bez użycia rąk:

Potem zmierzyłam się w środeczku siebie ze swoją opinią, że to obciach sikać na stacji benzynowej i dzięki temu byłam w stanie dojechać do Placu Zabaw. W międzyczasie wpadłam w fazę 'jestem gotowa na miłość całą sobą', za co winię za krótką sukienkę, i przez co byłam całkiem słodką, lepiącą się do swojej fejsbukowej dziewczyny, kulką w sukience za pupę.

Z sukienką to niezła historia jest. Jakiś czas temu postanowiłam nabyć sobie malinową sukienkę o fantazyjnej długości ledwo-co-za-pupę. No i tak do niej podchodziłam jak pies do jeża, aż w dostawie przyszła piękna sukienka o długości odrobinę-przed-kolano, co skłoniło mnie do tego, żeby wybrać jednak tę, w której nie będzie widać mi tyłka. Nabyłam, uprałam, założyłam i okazało się, że z długości przed kolano wyszła długość za pupę, przez co nie mogłam zalotnie upuszczać drobiazgów na ziemię, bo przy podnoszeniu eksponowałabym całą siebie z perspektywy dotychczas zarezerwowanej dla płyt chodnikowych... I nawet się poirytowałam! ALE: okazało się, że eksponowanie tyłka i 3/4 długości nóg z jakiegoś powodu dodaje mi wewnętrznie kilka punktów do kobiecości i na wszystkich zdjęciach z wczorajszego wieczoru wyszłam uroczo. Bo to, że alkohol dodaje mi czaru, to wiem już od dawna ;)

Anna, moja dziewczyna z fb, trochę się obruszyła z tego powodu, że zaistniała w przestrzeni internetowej w oparach moczu z PKP Powiśle. Pragnę zatem zrehabilitować Annę, gdyż wczorajsze spotkanie w Placu Zabaw było boskie. Jest to zapewne wynik kombinacji wielu czynników: ludzkiego (bo zgromadzona ekipa jest nie do podrobienia, jesteście boscy, i Ty też - Czech Soccer Player :P :*), przestrzeni, muzyki (DJ od chilloutu - doskonały, orkiestra uliczna od bałkańskich rytmów - doskonała), infrastruktury (bo była toaleta, papier, woda i w ogóle szał) oraz pogody. Bardzo polecam to miejsce, myślę, że nawet hipsterzy mają szansę się tam odnaleźć :P

Udało mi się też w końcu zmierzyć z Transformersami. Robiłam dwa podejścia. Za pierwszym razem nie byłam w stanie wytrzymać tego obezwładniającego poczucia zagrożenia - że jacyś żołnierze siedzą w tym Katarze, że nagle pojawia się jakiś wielki robot i zmiata bazę z powierzchni ziemi i że niczym się go nie da zestrzelić... No nie, za dużo mroku, pomyślałam, nie dźwignę tego. I wyłączyłam. Podejście drugie było już bardziej owocne, udało mi się zdystansować do filmu, więc przebrnęłam i nawet nie czuję się estetycznie i fabularnie zgwałcona.

Teraz szukam sobie towarzysza na kinowych X-menów. Aplikacje można nadsyłać dowolnym kanałem komunikacji.

Serdecznie wszystkich pozdrawiam, życząc sobie pięknej nocy dziś w Glamie. XOXO :P

1 komentarz:

  1. Trzymanie kubka bez pomocy Twych rąk :) urocze, wiem coś o tym ;) w Twoim wykonaniu, ale nie chodzi o kubek ;)

    Na x-menów chętnię sie wyborę, wieć skłądam aplikację :)

    Anonimowy A.

    OdpowiedzUsuń