wtorek, 28 czerwca 2011

Dzień 9, praski

Niestety, dzień dzisiejszy, po którym oczekiwałam tak wiele, nie dał rady w kontekście robienia contentu na bloga. Pomimo, że nastąpił po wielce przyjemnym wieczorze wczorajszym.

Miało być tak: cały dzień z Katarzyną Tilaf. CSW, Centrum Nauki Kopernik, kajaki w Scary Parku, wspólne śniadanie, obiad i kolacja. A było tak: rano - zgon, drugie rano - zgon. Naprawdę, tak sobie wczoraj narzekałam na sukę migrenę, a dzisiejszy psikus "zdrowotny" przyszedł z bardzo nieoczekiwanej strony i aż zaczęłam się zastanawiać, z jakiego powodu mój własny organizm sabotuje projekt URLOP.

Cudownie spędziłam wieczór pomimo, że tylko momentami czułam się na własnych nogach pewnie. Zaspokoiłam męską część duszy i pomogłam w malowaniu przedpokoju, pyknęłam w dziwną grę i Osadników i zjadłam na obiad japońszczyznę. Porozkminiałyśmy trochę kwestie biseksualności, zamian kur domowych na domowe koguty, nieciekawych żon dawnych kolegów z klasy i wpływ włosów w nosie na wizerunek mężczyzny.

(Dogadzałyśmy sobie bardzo miodowym Ciechanem, pierwszymi tegorocznymi czereśniami i sushi :))

Tylko że fizycznie czuję się koszmarnie. To powoduje inwazję refleksji, za czym nie przepadam, bo kto by chciał ciągle rozmyślać obolałą głową. I w takich dniach (oraz dniach krańcowej frustracji seksualnej) odrobinę żałuję, że nie ma gdzieś wokół jakiejś względnie stałej partnerki lub partnera. Bo ja bym chciała, żeby ktoś mi doniósł termofor, tabletki, koc, herbatę i generalnie służył jako pocieszacz, bo nawet mi się chce czasem ponarzekać, a zwłaszcza wtedy, kiedy fizycznie jest mi niekomfortowo. Taaak.

Ubawiłam się dziś dekoracją chodnika przez jakiegoś kogoś, któremu zapewne do HWDP za chuja nie pasuje 'chuj':

Pozdrawiam się czule i pozostaję z nadzieją na przyszłość i lepsze jutro, bowiem na jutro zaplanowałam Mokotów z Anną R. i choćby skały srały - będzie Mokotów!

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Do Anonima

Ej, Anonim, żyrafa się pasie w Parku Praskim. Pan Guma (menel) stoi na rogu Stalowej i Czynszowej. Dziękuję za morze komentarzy oraz też byłam na Nowym Mieście w dniu święta kościelnego, nawet trochę fristajlowałam kato-piosenki, i zazdrościłam innym tego smalcu z ogórkami, bo ja byłam tak nażarta, że taka tłusta pajda to zmieściłaby mi się tylko do kieszeni. Over. I napisz mnie smsa, who are you, bo na pewno Cię znam :)

Dzień 7, ponowne odkrycie Odkrytej oraz Dzień 8, gnilny

Popołudnie zaplanowało się samo i było to popołudnie w trybie wakacyjnym, czyli Śliczni Chłopcy, letnie trunki typu piwo (generalnie nie lubię piwa, wyjątkowo smakuje mi tylko latem), muzyka, pizzowy popas, chillout na tarasie, ciekawe rozmowy i gry towarzyskie.

Zabroniono mi publikować zdjęć, więc ok, będzie tylko to jedno:

Dawno się nie śmiałam niemalże do posiku, a tu wczoraj - prosz. Jedna historia o Buzzie Astralu i rozmazałam makijaż tak, że nie mogłam się poznać w lustrze po powrocie do domu. I trochę miałam żal do Chłopców, bo eyeliner miałam nawet na skroni. Oj, przesadziliście, Panowie! ;)

Aha, przegadaliśmy sobie temat kontaktów i wtyczek i Chłopcy dokonali błyskotliwej obserwacji, że mężczyźni dysponują kontaktem ORAZ wtyczką, co powinno trochę zmylić ten lotny beton :P

W nocy niestety, odwiedziła mnie moja dawna wakacyjna koleżanka o wdzięcznym imieniu Migrena. Rano złapałam totalnego wkurwa, bowiem chciałam zamknąć drzwi do pokoju bez stawania na nogi. Postanowiłam więc, że wysunę się na łóżku, potem lewą ręką podeprę się na podłodze, a prawą wezmę zamach i zamknę drzwi. Niestety, plan w założeniach był dziurawy, bo okazało się, że o siódmej rano moja lewa ręka jeszcze śpi, o czym nie wiedziałam. Straciłam więc jedyny punkt podparcia, pieprznęłam twarzą w podłogę, za korpusem poleciały kopytka i tak oto zaplątana w śpiwór i poszewkę (don't ask) rypnęłam plecami w stół. Seriously, world, not cool.

Tak mi skoczyło ciśnionko i pulsowanie w głowie, że obawiałam się, że już nigdy nie zasnę. Niestety, głowa nie pozwoliła mi się spotkać z Danielem ( :( ), w zasadzie na nic mi nie pozwoliła. Okazało się w międzyczasie, że nie mam ani połowy tabletki (ja, lekomanka, nie miałam ani jednej tabletki przeciwbólowej z jakąkolwiek substancją czynną!) oraz nie miałam tych kilku złotówek na aptekę. Po prawdzie, to nie byłabym w stanie iść do apteki, zatem zdecydowałam się zastosować metody naturalne, czyli: pacierz oraz sen. Udało się, cały dzień przespałam i ok. 17.40 wyszłam o własnych siłach po wodę. Koleżanka Migrena poszła w pizdu, pozostawiając mnie spuchniętą, z worami pod oczami i buzią w kolorze owsianki. No ale najważniejsze, że poszła. Tylko jeden dzień urlopu mi wyjęła, suka.

Za to jutro jest długo wyczekiwane jutro :))) Entuzjazm mi powraca ;)



niedziela, 26 czerwca 2011

Dzień 6, czyli zjedz ciasto w szalecie

Nawet miałam nie wychodzić z chaty, ale ostatecznie zgadałam się z Agatą na lody, które ona postawi. [Smutna historia - skończyły mi się pieniądze, zanim skończył się urlop... Nawet miałam taki pomysł, żeby dać ogłoszenie tu, że dam się zaprosić na obiad. Mogę zabawić się w 'ja zapłacę', ale z góry uprzedzam, że nie zapłacę :P Ostatecznie porzuciłam pomysł jako zbyt desperacki. Choć przed spacerem z A. zaznaczyłam, że na lody nie mam ;)]

Poszłyśmy sobie więc do Skaryszaka i przypomniało mi się, że przecież tam jest Misianka, czyli torty w szalecie, który już nie jest szaletem oraz nie jest już miejscem schadzek gejów. Miejsce jest faktycznie specyficzne i wcale nie zachęca, ale torty...mmm... Pyszne. Szkoda, że jest tam tak przaśnie - plastikowe stoliki, krzesła, piaskownica, wytrój taki se. No ale OK, miejsce broni się tortami.

Będę sobie częściej robić zdjęcia z Agatą, bo wyglądam na opaloną :D

Skaryszak jest niepozorny. Przez 5 lat mieszkania po tej ciekawszej stronie Wisły i przejeżdżania obok Skaryszaka nie mówiłam o nim inaczej jak Scary Park i kojarzyłam to miejsce wyłącznie z robakami i zbokami. Robaki faktycznie tam są. Ale: można tam zjeść kiełbę z grilla i wypić piwo z kija siedząc nad wodą (tak, wiem, że w Cudzie też można, ale Cud jest takiiii noowyyy; poza tym Cud to trochę Plan B na outdoorze, więc jeszcze nie wiem, czy zniosę tak dużą dawkę oryginalnej masy warszawskiej), można też (choć jeszcze nie próbowałam) wypożyczyć kajak, utopić telefon w jeziorku (pozdrawiam, Majeczko :)) i pospacerować w chłodzie. Nie widziałam jeszcze rzeźb, które podobno tam są. Bardzo wakacyjne miejsce w centrum miasta.


Nie mam natomiast żadnych planów na dziś! Można mnie zaplanować :) Zachęcam!

sobota, 25 czerwca 2011

Związki partnerskie - podpisujmy

Tutaj można jeszcze zabrać głos w sprawie wyciągnięcia z marszałkowskiej zamrażarki projektu ustawy o związkach partnerskich: http://wyborcza.pl/0,115313.html.

Na fb powstało stosowne wydarzenie, które przyciąga również wszelkiej maści przeciwników projektu - i tych, którzy mówią na poziomie, i tych, którzy... hmm... nie mówią na poziomie.

Zajrzałam na tablicę tegoż wydarzenia, bo Em tam dzielnie walczył (Em, podziwiam Cię za rzeczowość w obliczu totalnej impregnacji na argumenty). I po raz kolejny zalała mnie krew. I doszłam do wniosku, że ja zdecydowanie nie jestem tolerancyjna. Moja tolerancja kończy się tam, gdzie zaczyna się ignorancja i ciemnota. Obiecałam sobie, że to jest ostatni raz, kiedy polemizuję z argumentami typu:

1. małżeństwa homoseksualne są nienaturalne
2. zalegalizujmy jeszcze związki ze zwierzętami
3. dwa kontakty i dwie wtyczki do siebie nie pasują
4. po cholerę wam, homoseksualistom, więcej i więcej
5. wszystkie sprawy można uregulować u notariusza
6. zakaz pedałowania
7. homoseksualiści hajtają się po to, żeby mieć dzieci


- Małżeństwa homoseksualne są nienaturalne -

Bardzo mnie urzeka to nawiązywanie do natury. Używanie płynu do naczyń jest nienaturalne - można je myć piaskiem w rzece. Pozbywanie się owłosienia z ciała jest nienaturalne - nie po to te włosy rosną, żeby je usuwać. Chodzenie do lekarza i branie leków jest nienaturalne - w końcu na tym polega prawo naturalne, żeby słabsze jednostki były eliminowane. Picie coli jest nienaturalne - czy cola wypływa z jakiegoś górskiego źródła? Używanie talerzy i sztućców jest nienaturalne - mamy zęby i paznokcie.

Poza tym, w projekcie nie chodzi nawet o małżeństwa. Ignoranci, bez cennej umiejętności poszukiwania rzetelnych informacji i czytania ze zrozumieniem.


- Zalegalizujmy jeszcze związki ze zwierzętami -

Nie umiem sobie wyobrazić, co ma w głowie osoba, która płynnym ruchem przemieszcza się w swoim procesie myślowym od emocjonalnego związku dwojga ludzi do związku ludzi ze zwierzętami. Wszystko jest nie w porządku z taką wypowiedzią. Sprowadzanie jakiegokolwiek człowieka do zwierzęcia świadczy o elementarnym braku szacunku do drugiej osoby jako jednostki, jest przykre i pokazuje niedostatki we wczesnej fazie kształtowania się człowieka, który takie tezy głosi.


- Dwa kontakty i dwie wtyczki do siebie nie pasują -

Ha ha ha ha ha :)


- Po cholerę wam, homoseksualistom, więcej i więcej -

Nie mówimy o 'więcej, więcej' - mówimy o prawach, które przysługują wybranym obywatelom, a nie wszystkim. Prawo w obecnej formie jest chyba najbardziej jaskrawym przejawem dyskryminacji ze względu na orientację seksualną. Dlaczego ja, jako obywatelka tego kraju, płacąca podatki, ściepiająca się na emerytów, etc., nie mogę realizować tych praw, które mają heteroseksualni obywatele? Ja sobie nie życzę bycia spychaną na margines. Nas (nieheteroseksualnych) jest w tym kraju naprawdę WIELU. Można udawać, że nas nie ma, winszuję selektywnej percepcji, ale to nie zmienia FAKTU, że istniejemy. I to, że chcemy mieć prawo ustanawiania statusu swojego związku na drodze prawnej, to nie powinno być "więcej, więcej", tylko "podstawa, podstawa". Chcemy podstawowych praw, które mają tylko niektórzy obywatele. Co więcej, wyrównanie prawa dla wszystkich obywateli nie godzi w dotychczasowe prawa tych dotychczas wyróżnionych. Dla nich i tak nic się nie zmieni. Nadal będą mogli brać swoje śluby i mieć dzieci.


- Wszystkie sprawy można uregulować u notariusza -

Zatem zrezygnujmy z możliwości zawierania formalnych związków również przez pary heteroseksualne. Skoro wszystko możemy uregulować u notariusza, niech wszyscy regulują u notariusza. Notariuszom będzie żyło się lepiej. Od razu sprawdzimy odsetek rozwodów w sytuacji, w której żeby się w ogóle związać trzeba wyskoczyć z naprawdę grubej kasy, wyższej niż opłata administracyjna.


- Zakaz pedałowania -

Zakaz bycia idiotą. Zakaz śmierdzenia. Zakaz pisania głupot w Internecie. Zakaz rozmnażania się przy IQ poniżej poziomu małpy.


- Homoseksualiści hajtają się po to, żeby mieć dzieci -

Apokalipsa! To moja pierwsza myśl. A teraz newsflash - nie wszyscy chcą mieć dzieci! Nawet nie wszyscy heteroseksualiści!

Dzieci mają w tym kraju wyjątkowo ciężko. Powszechne przyzwolenie na wielopokoleniowy alkoholizm, brak ochrony przed przemocą psychiczną i fizyczną, bieda, nierówne szanse, brak podstawowych umiejętności komunikacyjnych u rodziców, brak weryfikacji psychologicznej rodziców - to wszystko sprawia, że nie znam ani jednej osoby, która nie miałaby choćby mikrourazów związanych z dzieciństwem i kontaktem z rodzicami.

Pokuszę się nawet o nieśmiałą tezę, że dziecku w związku nieheteroseksualnym byłoby nawet trochę lepiej. Głównie dlatego, że nie byłoby to dziecko przypadkowe, z bzykanka na dysce, z dziurawej prezerwatywy, z zapomnianej tabletki antykoncepcyjnej, dziecko z totalnego melanżu czy studniówki. Byłoby to dziecko wyczekane, kochane i dopieszczone. Zakładanie, że dziecku w rodzinie hetero jest lepiej tylko dlatego, że ma rodziców obojga płci, jest co najmniej dziurawe.

Moi przyjaciele, żyjący w związkach z osobą tej samej płci, to bez wyjątku osoby o niesamowitym potencjalne emocjonalnym. Nie sądzę jednak, żeby była to kwestia orientacji - bardziej kwestia tego, że stale od jej odkrycia muszą mierzyć się z problemami, na każdym kroku i etapie życia, począwszy od głupiej rezerwacji pokoju hotelowego dla siebie i "kuzynki", skończywszy na tłumaczeniu mamie, jak wygląda męski seks. Wszystkie te doświadczenia uczą pokory i - na moje oko - wzbogacają wewnętrznie. I bardzo chciałabym, żeby Ci bogaci emocjonalnie ludzi mieli dzieci, wychowywali je w otwartości, pokazywali różne barwy świata, uczyli szacunku...

Ale wracając do początku - nie każdy chce mieć dzieci.

Męczy mnie ten polski zaduch, to epatowanie moralnością, straszenie piekłem, obraźliwe komentarze na ulicach (vide: wtorkowy incydent na Inżynierskiej). Proszę się ze swojej moralności rozliczać w swoich duszyczkach i mnie oraz moich przyjaciół do tego nie mieszać. Czasem zastanawiam się, czy jest jakiś arkusz kalkulacyjny, w którym wszyscy fani naturalności i moralności zbierają punkty, przeliczane potem na..., sama nie wiem, lepszy hotel w niebie. To by wytłumaczyło tę patologiczną gorliwość. Tak czy inaczej, źle mi się żyje w takiej rzeczywistości.

Dzień 5, ten luźniejszy

Naszła mnie dziś psychofaza i przez pierwszą część dnia byłam nieznośna dla samej siebie oraz odrobinę przeciekałam z tą fazą na innych. Nie przepadam za sobą w tym jęcząco-marudzącym trybie, zdarza mi się wtedy zgadywać (najtrafniej, ha ha), co inni mają na myśli (zanim to pomyślą), jakie mają intencje (bo wiem lepiej), a także konstruować w swojej głowie dialogi i konsekwencje tychże przenosić do reala. Na szczęście jest obok taka osoba, która wyłapuje te stany u mnie dość szybko i skutecznie przeciwdziała; dziś na przykład cucący sms brzmiał: 'Co ty masz za jazdy, kochana?', czyli był precyzyjny, konkretny i jasny w odbiorze. Czysta prostota przekazu. Dzięki temu odniosłam pewien sukces w pracy nad sobą, ponieważ nie wypierałam, nie awanturowałam się, nie zaprzeczałam, nie odwracałam kota ogonem i od razu przyznałam, że tak, no rzeczywiście mam i nie wiem skąd. Potem wypiliśmy grzecznie piwko i świat stał się bardziej przyjazny.

A wieczór z Halle. Myślę, że Halle trochę obawia się zapraszać mnie na filmy. Choć uważam się za kinomankę, to - żena - zasypiam, gdy tylko robi się ciemno i ciepło. Jeśli film jest alternatywny ergo cichy - zasypiam po pierwszych 15 minutach i zawsze mam nadzieję, że nie chrapałam. A u Hallsona zasypia się wybornie ;) No ale wiem, że temat zasypiania w gościach nie jest dobrze przyjęty, więc chlapnęłam sobie Pluszzz Active przed wyjściem z chaty i trzymało mnie do tego stopnia, że w oczekiwaniu na nocny autobus poszłam sobie na pl. Narutowicza, nie nawiązując po drodze kontaktu wzrokowego z nikim, z którego to placu do domu miałam już tylko 7 minut N38.

Na zakończenie cytat dla koleżaneczek z ... :

- A dlaczego ona wychodzi za mąż?
- A co ma robić? Mieszka w Siedlcach - tam to kwestia przetrwania. Instynkt samozachowawczy - rozumiesz.

:))))

piątek, 24 czerwca 2011

Dzień 4, czyli ten z Halle

Bardzo chciałam wczoraj napisać, ale byłam tak zmęczona, że nawet pół strony książki (Szczygielskiego! :O) nie byłam w stanie przeczytać i zasypiałam na widok poduszki. Musiałam niestety spać szybko, bo sierściuchy nie podzielały mojej potrzeby ciszy i spokoju. Ostatecznie wybudziło mnie pieprznięcie kubka o podłogę w kuchni i był to oficjalny koniec spania.

Halle zdecydowanie czuła presję, duch minionych towarzyszy warszawskich spacerów wciąż był z nami! ;) Przejrzawszy trzy spacerowniko-przewodniki wahałyśmy się między opcjami: Muranów - Grzybów oraz Koło - Młynów, wygrała opcja pierwsza. Travel-mix został przygotowany i w drogę. Halls nie mogła się pogodzić z tym, że przy każdym punkcie na mapie nie robimy oficjalnych odczytów z przewodnika, pragnę więc przeprosić za to rozczarowanie wielkie jak ocean ;)

Spontanicznie sprawdziłyśmy, jak udała się kuchenna rewolucja MG w restauracji U Samuela w INTRACO i co? CZULENTU NIE BYŁO! Wybrałyśmy inne dania kuchni żydowskiej, było pysznie. Zgrzeszyłam myślą, mową i uczynkiem i po gigantycznym popasie zamówiłam dla nas deser (dzięki b., na spółę). W przyszłości nie będę planowała spaceru po takim obiedzie, co najwyżej leżakowanie.

W międzyczasie dołączyły do nas Karola i Basia, które udało nam się wyrwać z chaty, i udałyśmy się na Nowe Miasto, które jest przecudowne! Nie umywa się do starego. Taki fragment Kraka w Warszawie. Będę tam chodzić na randki.


Za to Starbucks... porażka. Oficjalnie deklaruję, że więcej nie wypiję tam nic, ewentualnie wskoczę skorzystać z toalety. Hallsowa kawa była jakąś totalną lurą, no żena, a moje malinowe frapuccino było tak słodkie, że gdybym je dopiła, no natychmiast umarłabym na powikłania cykrzycowe. D R A M A T, zwłaszcza, że czekałam na zamówienie jakiś miliard lat. Na do widzenia byłam tak poirytowana, że chciałam im tam pierdolnąć mołotowa. Malinowego.

Trzeba było przepić tę porażkę, więc poszły my do Cudu nad Wisłą, gdzie faktycznie jest dość miło, tylko trzeba powalczyć o miejsce ('Sęt, Sęt, cho, fajne deski się zwolniły!'). Co prawda musiałyśmy zapłacić za wjazd, czego nie żałuję, bo okazało się, że będzie koncert osoby, która nazywa się Marcelina, śpiewa podobnie do Brodki, jest z lekka zblazowana, ale bujała mnie, można jej posłuchać tu, do czego gorąco zachęcam! A miejsce jest bardzo klimatyczne: dzieci, psy, kiełba z grilla, piwo za 7zło, bardzo przyjemnie.

A w nawiązaniu do nocnego powrotu, muzyczna dedykacja dla Hall:


Nie umiem sprecyzować planów na najbliższe dni, mam natomiast nadzieję, że coś się wyklaruje. Zachęcam do klarowania!